Wróciłam do domu. Nigdy nie myślałam, że będę się tak cieszyć na widok własnego pokoju, rodziny i miasteczka. Jak się okazało, czas zatrzymał się, gdy odeszłam do przeklętego lustra, więc mogłam spokojnie podejść do ludzi i nie tłumaczyć się, dlaczego mnie tak długo nie było. Co ja bym powiedziała mamie?
Moja radość jednak nie trwała przez wieczność. Wkrótce zorientowałam się, że nie wiem, czy tak naprawdę jestem w domu. Weszłam do sypialni - nikogo nie ma. Kuchnia, salon - to samo. Gdzie mama? Może wyszła wcześniej. Siostra. Siostra musiała być. Cichutko uchyliłam drzwi od jej pokoju. Nic. Pusto. Gdzie mogły się podziać? Przeszukałam cały dom, ale bez skutku. Zniknęły. Zaniepokojona wyszłam na ulicę, sprawdzić, czy jest samochód. Był w garażu. Więc co się mogło stać?
Postanowiłam przejść się do sklepiku, w którym mama pracowała. I wreszcie do mnie dotarło, że nie ma ludzi. W ogóle, ani żywej duszy. Ich tu nie ma. Jestem tylko ja. Nie widziałam nikogo, na ulicy, w domu, w sklepie - byłam sama. Jedyna istota, która przeżyła. Co tu się działo, kiedy ja znajdowałam się gdzie indziej? Co ja znowu takiego strasznego zrobiłam? Dlaczego to spotyka akurat mnie?!
Pobiegłam do domu. Przed drzwiami zauważyłam jakiegoś dziwnego człowieka. Dobijał się do naszego mieszkania? Kim jest? Ach, w tym momencie po mojej głowie krążyło tyle myśli. Zobaczył mnie. Zaczęłam biec przed siebie, jak najdalej stąd.
- Zaczekaj! Stój! - wołał, goniąc mnie. - Nie uciekniesz!
- Czego chcesz? - spytałam nawet się nie odwracając.
Był szybszy. Złapał mnie, zatrzymał i poczekał, aż się uspokoję. Ale ja skuliłam się i nie chciałam z nim rozmawiać. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego, nie chciałam go znać.
- Kim jesteś?! - zapytałam ze złością, nie patrząc na niego.
- Wysłannikiem. Mam cię zawiadomić, że musisz stawić się w domu Carmen jak najprędzej.
- Kim jesteś? - spytałam ponownie, nie wierząc mu do końca.
- Powiedziałem. Znasz drogę, czy mam cię tam zaprowadzić?
- Znam. A teraz stąd idź.
Wstałam i skierowałam się do Carmen. To ona żyła? Niemożliwe. Ja, moja przyjaciółka i jej wysłannik. Tylko my na calutkim świecie. Wesoło się zapowiada. Wtargnęłam do niej, nie pukając. Furtka i drzwi wejściowe były otwarte.
- Scarlet! Ty żyjesz! Dziękuję! - Carmen przytuliła mnie, jakby nie chciała, żebym gdziekolwiek jeszcze kiedyś odchodziła.
- Czemu ty tu jesteś? A innych nie ma? - próbowałam się dowiedzieć
- Nie wiem. Obudziłam się i tak wszystko to zastałam. Nie sądziłam, że koniec świata będzie tak szybko... Ale nie wiem, co się stało. Wyparowali? Czy przylecieli kosmici i nas nie zauważyli? To chore. Wiedziałam, że ty też zostałaś. Tobie zawsze się coś takiego przytrafia.
Słuszna uwaga.
- Tak, ale ty... Co my teraz zrobimy? I kto przyszedł do mnie, żeby mnie do ciebie zaprowadzić?
- Nie mówiłam ci... To nasz nowy lokaj. Mama go wynajęła jakieś trzy dni temu. Póki tu była. A gdzie on jest?
- Nie wiem...
Zniknął. On też. Kto będzie następny?
- Co robimy?
- Nie mam pojęcia.
Milczałyśmy chwilę, dopóki Carmen nie otworzyła szeroko oczu i nie wypowiedziała słów:
- Nate! Ty żyjesz!
Odwróciłam się. Tak. To on. Może nam to wszystko wyjaśni?
- Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam? I że tu jestem? - dopytywała Carmen.
- Nieważne. Ważne, że ja rozumiem, co się tutaj dzieje.